Saltus XI 20-22052011r
14-12-2011
5:48:24
No i jak zwykle niema chętnych do przelania na piśmie wspomnień z odbytej imprezy. I jak zwykle nie wytrzymałem presji ciszy i postanowiłem cos naskrobać sam. Impreza zaczęła się dla nas od spotkania na parkingu pod kościołem w Chotomowie. Nastąpiło tam poważne przepakowanie samochodów (momentami mieliśmy wrażenie że się nie zabierzemy). I tu przypomniałem sobie jak to na „poważnych forach” koledzy rozpisują się jak mało towaru można ze sobą zabrać aby przetrwać te 24h. Patrząc na nasze bagaże nie rozumiem tego wyścigu aby zabrać jak naj mniej. Osobiście pewnie przetrwał bym w lesie te 24 h nawet gdybym wpadł do niego jedynie z listkiem figowym i markerem w ręku ale lubię odrobinę komfortu i dlatego na przykład zabrałem ze sobą krzesełko wędkarskie (mało z niego korzystałem, najczęściej było zajęte podtrzymywaniem czyjeś dupki w sztabie).
Po walce ze tobołami i usadowieniu się ruszyliśmy w drogę. Oczywiście zaczęło się od uroczystego otwarcia pierwszej butelki piwa. Jednak muszę przyznać że ekipa nie upodliła się w drodze choć przerw na papieroska i siku było kilka. Należy tu wspomnieć o sympatycznym spotkaniu z członkami zaprzyjaźnionej drużyny na jednym z postoi (postój szkoleniowy). Szkolenie zostało błyskawicznie przerwane ponieważ ci sympatyczni ludzie tym razem grali po drugiej stronie.
W dalszej drodze zjedliśmy jeszcze obiad w restauracji i znów należy zauważyć że „Ślepemu” trafił się nieświeży kawałek mięsa, przynajmniej tak twierdził a nikt z nas nie chciał tego sprawdzać organoleptycznie.
Po dojechaniu na parking zaczęło się wyładowywanie towaru, rejestracja przenoszenie „bałaganu” do HQ.
O godz. 16.00 został wydany rozkaz do wymarszu w celu odszukania punktów strategicznych z bonusowa punktacją. To zadanie ekipy angoli wykonały pomyślnie. Zdecydowana większość punktów wpadła w nasze ręce.
Jednocześnie okazało się że niektóre z tych punktów następna punktację maja dopiero od sobotniego ranka i że można je z czystym sumieniem opuścić. W między czasie zrobiło się późno i po drobnych potyczkach sporo osób wróciło do HQ i poszło spać.
Dowództwo późnym wieczorem tuż przed zmrokiem ogłosiło nabór chętnych do nocnej akcji poszukiwania „GENERAŁA”. Zgłosiła się jedna drużyna 6 ludzi, potem jakiś 3 no i ja. Po wymarszu okazało się że kierujący tą grupą są troszkę zagubieni i nie bardzo wiedza gdzie należy szukać tego „GENERAŁA”. Jednak po drodze odnotowaliśmy kilka sukcesów. Napotkane przeciwników przepędzaliśmy albo eliminowaliśmy do nogi. Udało nam się nawet wyeliminować nasz własny patrol bo nie znali hasła. W między czasie nasza grupka podzieliła się na 2 mniejsze i postanowiliśmy wracać. Ponieważ tak się złożyło że szedłem w ostatniej 4 osobowej grupie a za plecami co jakiś czas dostrzegaliśmy światło noktowizora postanowiliśmy się zaczaić. Rozbiegliśmy się wzdłuż drogi, czekaliśmy dość długo i nic się nie działo.
Postanowiłem odnaleźć pozostałych 3 członków ale okazało się że zostałem sam w lesie (widocznie moi towarzysze mieli zdecydowanie bardziej obniżony próg cierpliwości niż ja i dużo wcześniej podjęli decyzje o powrocie a że noc była bardzo ciemna nie mogąc mnie dostrzec zostawili mnie na pastwę „wilków”. Zatem do HQ wracałem sam. W pewnym momencie przy jednej z krzyżówek jakieś 5 m przede mną wyrosła postać. Krzyknąłem „hasło” i dostałem odpowiedz „miasto”. To nie była odpowiedz brytyjska. Więc odpowiedziałem na hi bi trafił „wieś” i nastąpiła cisza. W tym czasie włączyłem spłuczkę bo dla oszczędności baterii wcześniej ją wyłączyłem. Złożyłem się do strzału nacisnąłem spust i nic (marker tez był wyłączony). W tym Momocie posypał się grad strzałów i jeden mnie trafił. Wróciłem do HQ jak i położyłem się spać. Ostatecznie reszta Legiony spała od 2-3 godzi.
Rano pobudka i wymarsz na odbijanie jakiegoś punktu bo utraciliśmy go nad ranem.
Legion wraz i innymi uderzył na punkt frontalnie część (około 5 ludzi) zaczęła jednak wykonywać manewr oskrzydlający. Trzeba przyznać że Argentyńczycy dobrze się bronili i rozbili nasz atak frontalny natomiast grupa oskrzydlająca prowadziła działania zaczepne jeszcze przez około 1,5 godziny. Na koniec gdy miała odchodzić z pozycji nasz Generał poprosił abyśmy wytrzymali jeszcze jakieś 10 min w celu wiązania sil wroga (nasze główne siły i część Legionu która poległa w pierwszym frontalnym ataku) w tym czasie walczyły o lotnisko. Po tym czasie postanowiliśmy „polec” w walce i przypuściliśmy atak który skończył się ubiciem 6 Argentyńczyków bez strat własnych jednak brak amunicji zmusił nas do wycofania się. Reszta soboty upłynęła pod znakiem walk o lotnisko lub okolice i zbieranie punktów. Późnym popołudniem Argentyńczycy zebrali swoje siły i jednym skupionym uderzeniem odbili lotnisko i pobliskie punkty strategiczne. I tak utraciliśmy lotnisko na noc.
Nasze dowództwo początkowo postanowiło oddać cios. Poinformowano nas że zbieramy siły na jedno duże uderzenie na lotnisko. Gdy staliśmy na drodze okazało się że nie idziemy na lotnisko lecz na punkt ustawienia „moździerza”. Po dojściu na pozycje po zmroku wyszło na jaw że mamy w krzakach siedzieć do 4-5 rana. I tu trochę wyszła lipa. Nie wszyscy byliśmy przygotowani na nocleg pod gołym niebem.
Po rozmowach ze sztabem zostaliśmy odesłani do HQ. Ekipy które pozostały przy moździerzy pewnie jeszcze nie raz nam to wypomną. Po dojściu do HQ większość poszła spać natomiast patrol 3 osobowy (Paulus, Kapitan, Dino) udał się na punkt F6 w celu zdobycia karteczki z punktami z godzi 02.00. Po wycięciu kartki patrol jednogłośnie podjął decyzję o przeprowadzeniu nocnych działań zaczepnych na terenie lotniska które było obstawione przez siły wroga. W czasie cichego przemarszu okazało się że dotarliśmy do samego lotniska w środek pozycji przeciwnika. Przez jakiś czas udawaliśmy argentyńskie czujki, jednak nas to znudziło bo nic się nie działo. Postanowiliśmy zdobyć flagę lotniska miał to wykonać „Kapitan” jednak nie miał zegarka więc poszedłem ja. „Kapitan” wraz z „Dino” natomiast zaczęli zajmować pozycję pod bunkrem przeciwnika. Mi o 03.00 udało się zdobyć punkty i zmienić flagę wkrótce potem poległem z powodu braku zasilania markera. Kapitan z Dino trochę później zafundowali Argentyńczykom pobudkę.
0 godzinie 04.00 mieliśmy jeszcze jedna potyczkę na punkcje F6 niestety przegraną.
Natomiast od rana Legion wraz z innymi drużynami rozpoczął zażarte walki o lotnisko które zostało odbite ostatecznie.
Podsumowując.
Impreza bardzo udana, myślę że uczestnikom zapadnie w pamięci na długi czas.
Myślę że należą się szczególne podziękowania dla WEZA (dowódca sił brytyjskich).
Włożył wiele pracy w koordynację działań poszczególnych drużyn.
Paulus
Komentarze